Zosia i dziki spod starego dębu
Tekst
Zosia miała osiem lat i bardzo lubiła las. Nie taki las oglądany z okna samochodu, który miga szybko między słupkami przy drodze, ale prawdziwy las: z miękkim mchem, zapachem liści, śpiewem ptaków i ścieżkami, które wyglądały, jakby prowadziły do tajemnicy.
Najbardziej lubiła sobotnie spacery z dziadkiem. Dziadek znał nazwy drzew, tropy zwierząt i potrafił po samym dźwięku rozpoznać, czy w krzakach skacze kos, czy szura mysz leśna.
Tego dnia las był po deszczu. Ziemia pachniała mocno i świeżo, a na liściach błyszczały krople wody.
— Dziadku, a zobaczymy dziś jakieś zwierzę? — zapytała Zosia.
— Może zobaczymy, a może tylko znajdziemy ślady — odpowiedział dziadek. — W lesie nie zawsze trzeba kogoś zobaczyć, żeby wiedzieć, że tu był.
Zosia rozejrzała się uważnie. Na błotnistej ścieżce zauważyła odbite kształty.
— To tropy?
Dziadek przykucnął.
— Tak. Spójrz, są dość szerokie i wyglądają jak dwa odciśnięte palce. To mogą być tropy dzika.
Zosia aż otworzyła oczy.
— Dzika? Takiego z kłami?
— Takiego z ryjem, racicami i bardzo dobrym nosem — poprawił dziadek z uśmiechem. — Kły mają głównie dorosłe samce, czyli odyńce. Ale pamiętaj, dzik to nie bajkowy potwór. To dzikie zwierzę. Nie jest zły, tylko potrzebuje spokoju i miejsca.
Poszli dalej wolniej niż zwykle. Dziadek pokazał Zosi rozkopaną ziemię pod bukiem.
— A to co? — zapytała dziewczynka. — Ktoś tu szukał skarbu?
— Można tak powiedzieć. Dziki często ryją w ziemi. Nazywa się to buchtowanie. Szukają wtedy żołędzi, korzonków, larw owadów i innych przysmaków.
— Czyli dziki jedzą wszystko?
— Są wszystkożerne. Jedzą rośliny, owoce, żołędzie, grzyby, czasem drobne zwierzęta albo owady. Dzięki temu są trochę jak leśni poszukiwacze.
Zosia wyobraziła sobie dzika w kapeluszu odkrywcy, z lupą przy ryju, i cicho parsknęła śmiechem.
Wtem z gęstwiny dobiegło ciche chrumknięcie.
Zosia zatrzymała się tak nagle, że prawie nadepnęła dziadkowi na but.
— Słyszałeś?
Dziadek podniósł dłoń, dając znak, żeby była cicho. Oboje stali bez ruchu. Przed nimi, między młodymi świerkami, coś poruszyło gałęziami.
Najpierw Zosia zobaczyła ciemny grzbiet. Potem drugi, mniejszy. A potem kilka malutkich, pręgowanych kulek, które dreptały za dużym dzikiem jak żywe, pasiaste ziemniaczki.
— Warchlaki — szepnął dziadek prawie bezgłośnie.
Zosia poczuła, jak serce zaczyna jej bić mocniej.
— One mają paski!
— Małe dziki często mają jasne paski na futerku. To pomaga im ukrywać się wśród traw, gałęzi i cieni. Ich mama to locha. Teraz najważniejsze: nie podchodzimy, nie wołamy, nie robimy zdjęć z bliska i nie uciekamy z krzykiem.
Zosia kiwnęła głową. Bardzo chciała zobaczyć warchlaki lepiej, ale jeszcze bardziej chciała zrobić wszystko dobrze.
Locha stała bokiem do ścieżki. Ryła nosem w mokrej ziemi, a małe warchlaki kręciły się obok niej, popychając się śmiesznie. Jeden z nich próbował podnieść nosem liść, ale liść przykleił mu się do pyszczka. Warchlak potrząsnął głową i zrobił takie zdziwione chrumknięcie, że Zosia musiała przycisnąć usta dłonią, żeby się nie zaśmiać.
— Są słodkie — szepnęła.
— Są — odpowiedział dziadek. — Ale mama dzików może być bardzo czujna. Jeśli uzna, że ktoś zagraża młodym, będzie ich bronić. Dlatego najlepszy sposób na spotkanie z dzikiem to spokojnie się oddalić.
Zosia powoli zrobiła krok do tyłu. Potem drugi. Dziadek szedł obok niej, spokojnie i cicho. Nie odwracali się gwałtownie. Nie machali rękami. Po prostu cofali się ścieżką, aż dziki zniknęły za świerkami.
Dopiero wtedy Zosia wypuściła powietrze.
— Trochę się bałam.
— I bardzo dobrze — powiedział dziadek.
— Dobrze?
— Strach czasem pomaga nam zachować ostrożność. Ważne, żeby nie zamienił się w panikę.
Usiedli na ławce przy leśnej polanie. Dziadek wyjął z plecaka kanapki i termos z herbatą. Zosia nadal myślała o pręgowanych warchlakach.
— Dziadku, a czemu dziki czasem przychodzą do miasta?
— Bo szukają jedzenia. W mieście znajdują resztki, śmietniki, owoce pod drzewami. Czasem ludzie je dokarmiają, a to nie jest dobry pomysł.
— Dlaczego? Przecież pomagają.
— Chcą pomóc, ale dzikie zwierzęta szybko uczą się, gdzie łatwo zdobyć jedzenie. Potem podchodzą coraz bliżej domów, ulic i ludzi. To może być niebezpieczne dla nich i dla nas.
Zosia zamyśliła się.
— Czyli jak zobaczę dzika przy bloku, to nie daję mu jabłka?
— Nie dajesz. Nie podchodzisz. Nie próbujesz go głaskać. Mówisz dorosłemu i spokojnie odchodzisz. A jeśli ktoś jest z psem, powinien trzymać psa na smyczy, bo pies może przestraszyć dzika albo pobiec za nim.
— A dzik szybko biega?
— Bardzo szybko, kiedy musi. I jest silny. Dlatego szanujemy go z daleka.
Po odpoczynku ruszyli z powrotem. Zosia patrzyła teraz na las inaczej. Wcześniej widziała drzewa, liście i ścieżki. Teraz zauważała rozkopaną ziemię, odciśnięte racice, połamane gałązki i miejsca, w których zwierzęta mogły przechodzić.
Przy wielkim dębie znaleźli kilka żołędzi.
— Dziki lubią żołędzie, prawda?
— Bardzo. Jesienią są dla nich ważnym pokarmem.
Zosia podniosła jeden żołądź i przez chwilę obracała go w palcach.
— To zostawię go tutaj. Może komuś się przyda.
Położyła żołądź przy korzeniu. Nagle usłyszeli dalekie chrumknięcie, jakby las odpowiedział: „Dobra decyzja”.
Gdy wrócili do domu, Zosia od razu wyjęła kartkę i kredki. Narysowała dużą lochę, cztery małe warchlaki w paski, stary dąb i siebie z dziadkiem stojących daleko na ścieżce. Na dole napisała wielkimi literami:
DZIK TO DZIKIE ZWIERZĘ. PODZIWIAJ Z DALEKA.
Dziadek zajrzał jej przez ramię.
— Bardzo mądry plakat.
— Zaniosę go do szkoły — powiedziała Zosia. — Bo niektórzy myślą, że dzik tylko straszy ludzi. A on po prostu żyje w swoim świecie.
— Dokładnie — przyznał dziadek. — Las jest jego domem. My jesteśmy tam gośćmi.
Wieczorem Zosia opowiedziała rodzicom o spotkaniu. Pokazała, jak powoli cofała się ze ścieżki, jak dziadek podniósł rękę na znak ciszy i jak mały warchlak walczył z mokrym liściem.
— I wiesz, mamo — dodała na koniec — dzik nie jest ani dobry, ani zły jak w bajce. On jest dziki. Trzeba go rozumieć, ale nie zaczepiać.
Mama uśmiechnęła się.
— To brzmi jak bardzo ważna lekcja.
Zosia spojrzała przez okno. Za domem nie było lasu, tylko podwórko i kilka drzew, ale w jej wyobraźni znów zaszumiały świerki. Widziała ciemny grzbiet lochy, pasiaste warchlaki i ślady racic w błocie.
Pomyślała wtedy, że najciekawsze spotkania z przyrodą nie zawsze polegają na tym, żeby podejść jak najbliżej. Czasem najważniejsze jest właśnie to, żeby umieć się zatrzymać, zachować ciszę i pozwolić zwierzętom odejść swoją drogą.
Bo las ma swoje zasady.
A kto je poznaje, ten może zobaczyć dużo więcej niż tylko drzewa.