Wesoły Czas jest też tutaj:

Samochód Maks i najważniejszy wyścig

Tekst

W małym miasteczku, gdzie ulice pachniały rano świeżym chlebem z piekarni, a wieczorem mokrym asfaltem po podlewaniu kwiatów, mieszkał czerwony samochód o imieniu Maks. Nie był największy na parkingu. Nie miał ogromnych kół jak traktor, nie miał błyszczącej przyczepy jak ciężarówka i nie potrafił głośno trąbić jak autobus Marcel.

Ale Maks miał coś, z czego był bardzo dumny.

Miał szybkie koła.

— Brum, brum! — mruczał każdego ranka, gdy słońce odbijało się w jego czerwonej masce. — Dziś na pewno będę najszybszy!

Maks należał do pana Olka, mechanika z warsztatu przy ulicy Klonowej. Pan Olek znał wszystkie samochody w miasteczku. Wiedział, kiedy autobus Marcel potrzebuje nowych wycieraczek, kiedy niebieska furgonetka Berta narzeka na sprzęgło, a kiedy sportowe auto Błysk tylko udaje, że coś mu stuka, bo lubi, gdy wszyscy na niego patrzą.

Warsztat pana Olka był dla Maksa domem. Stał tam pod daszkiem, obok półki z narzędziami, wiadra z gąbkami i starego radia, które czasem grało tak cicho, że tylko samochody słyszały melodię.

Pewnego sobotniego poranka w miasteczku pojawiły się kolorowe plakaty.

Wielki Rajd Miasteczka!
Trasa wokół parku, przez mostek i obok starej fontanny!
Liczy się spryt, dokładność i bezpieczna jazda!

Maks przeczytał plakat trzy razy.

— Rajd? — zawołał. — Prawdziwy rajd?

Obok niego stała Berta, niebieska furgonetka, która woziła warzywa na targ.

— Tak, ale to nie jest zwykły wyścig — powiedziała spokojnie. — Tu nie chodzi tylko o prędkość.

Maks prawie jej nie słuchał.

— Jeśli jest trasa, są koła i meta, to chodzi o prędkość! — oznajmił.

Z drugiej strony warsztatu odezwał się autobus Marcel:

— A o znaki drogowe? A o przejścia dla pieszych? A o zakręty?

— Wiem, wiem — mruknął Maks. — Nie jestem przecież małym resorakiem.

Choć prawdę mówiąc, czasem zachowywał się trochę jak resorak, zwłaszcza gdy bardzo chciał komuś zaimponować.

Przez cały tydzień Maks trenował. Oczywiście nie sam, bo samochody nie jeżdżą bez kierowców, ale pan Olek zabierał go na krótkie przejażdżki po miasteczku. Maks ćwiczył łagodne hamowanie, spokojne ruszanie i skręcanie bez pisku opon.

— Spokojnie, Maks — mówił pan Olek. — Dobry samochód to nie ten, który zawsze pędzi. Dobry samochód to ten, który bezpiecznie dowozi tam, gdzie trzeba.

Maks słyszał te słowa, ale w środku i tak wyobrażał sobie metę, wiwaty i wielki napis: Maks — najszybsze auto miasteczka!

W końcu nadeszła sobota.

Na rynku zebrały się samochody, rowery, hulajnogi i mnóstwo mieszkańców. Była Berta, autobus Marcel, mały żółty samochodzik Pikuś, policyjny radiowóz Reksio i błyszczący Błysk, który wyglądał, jakby ktoś polerował go przez trzy dni i trzy noce.

— Powodzenia, czerwony — powiedział Błysk. — Chociaż wiadomo, że pierwsze miejsce będzie moje.

Maks prychnął cicho spod maski.

— Jeszcze zobaczymy.

Pan Olek położył rękę na kierownicy.

— Pamiętaj, Maks. Bezpiecznie, uważnie i zgodnie z trasą.

Na starcie stanął sędzia z chorągiewką.

— Uwaga! Gotowi? Start!

Samochody ruszyły.

Błysk wystrzelił pierwszy, ale zaraz musiał zwolnić przed przejściem dla pieszych, bo przez pasy przechodziła starsza pani z koszykiem. Maks też zahamował, choć bardzo kusiło go, żeby od razu nacisnąć gaz.

— Dobrze — powiedział pan Olek. — Tak właśnie.

Maks poczuł małą dumę. Może ostrożna jazda też mogła być czymś dobrym.

Trasa prowadziła wokół parku. Przy pierwszym zakręcie żółty Pikuś pomylił drogę i skręcił w alejkę dla rowerów.

— To nie tędy! — zawołała Berta.

Pikuś zawstydzony wycofał się powoli i wrócił na trasę. Maks mógł go wyprzedzić. I wyprzedził. Ale zrobił to szerokim łukiem, bez pośpiechu.

Potem auta dojechały do mostku nad małą rzeczką. Mostek był wąski, więc trzeba było przejeżdżać pojedynczo. Błysk czekał pierwszy, stukając niecierpliwie kołami.

— Szybciej, szybciej — mruczał.

Gdy tylko zjechał z mostku, Maks ruszył za nim. Woda pod spodem połyskiwała, kaczki pluskały przy brzegu, a dzieci machały z chodnika.

— Maks! Maks! — wołał jakiś chłopiec w czapce z daszkiem.

Czerwony samochód aż rozgrzał się z radości.

Za mostkiem zaczynała się najtrudniejsza część trasy: trzy zakręty, małe rondo i droga obok starej fontanny. Błysk nadal prowadził, ale Maks był tuż za nim. Wystarczyło dobrze wejść w zakręt, spokojnie przyspieszyć i może… może udałoby się go dogonić.

Wtedy Maks usłyszał coś dziwnego.

— Pffft… pffft… oj, oj, oj…

To nie był dźwięk silnika. To był dźwięk kłopotu.

Przy krawężniku stała Berta. Jedno z jej kół wyglądało smutno i nisko.

— Złapałam gumę — westchnęła furgonetka. — A w środku mam skrzynki z warzywami na festyn. Jeśli nie dojadę, dzieci nie dostaną zupy dyniowej.

Maks spojrzał przed siebie. Błysk oddalał się coraz bardziej. Meta była już niedaleko.

— Maks… — powiedział pan Olek cicho.

Nie musiał mówić nic więcej.

Czerwony samochód zawahał się tylko przez chwilę. Bardzo chciał wygrać. Naprawdę bardzo. Marzył o tym przez cały tydzień. Ale Berta stała przy drodze, a jej niebieski lakier jakby poszarzał ze zmartwienia.

— Zatrzymujemy się — zdecydował Maks.

Pan Olek uśmiechnął się i zjechał bezpiecznie na pobocze.

Z bagażnika wyjęli mały zestaw narzędzi. Pan Olek zabrał się do pracy, a Maks świecił reflektorami, żeby wszystko było dobrze widać. Pikuś zatrzymał się chwilę później i podał trójkąt ostrzegawczy. Autobus Marcel osłonił ich dużym bokiem, żeby inne pojazdy widziały, że na poboczu ktoś potrzebuje pomocy.

— A wyścig? — zapytała Berta.

— Poczeka — odpowiedział Maks, chociaż wiedział, że nie poczeka.

Wymiana koła trwała kilka minut. Dla Maksa były to najdłuższe minuty świata. Słyszał z daleka oklaski przy mecie i był pewien, że Błysk już wygrał.

Gdy koło było gotowe, Berta westchnęła z ulgą.

— Dziękuję. Naprawdę dziękuję.

— Jedźmy — powiedział pan Olek.

Maks ruszył z powrotem na trasę. Teraz nie jechał już po zwycięstwo. Jechał, bo chciał dokończyć rajd. Mijał park, fontannę i ostatni zakręt. Przy mecie stały wszystkie auta i mieszkańcy.

Błysk rzeczywiście był pierwszy. Stał pod bramą mety i błyszczał jeszcze bardziej niż rano. Ale kiedy Maks dojechał, wydarzyło się coś dziwnego.

Ludzie zaczęli klaskać.

Najpierw dzieci. Potem dorośli. Potem nawet sędzia z chorągiewką.

— Brawo, Maks!
— Brawo, panie Olku!
— Brawo za pomoc!

Maks zatrzymał się zaskoczony.

— Ale ja nie wygrałem — szepnął.

Sędzia podszedł do mikrofonu.

— W tym rajdzie liczyła się nie tylko szybkość, ale też uważność, odpowiedzialność i pomoc na trasie. Pierwsze miejsce za czas otrzymuje Błysk.

Błysk uniósł maskę dumnie.

— Natomiast specjalną nagrodę fair play otrzymuje Maks, który zrezygnował z walki o zwycięstwo, żeby pomóc innemu uczestnikowi.

Dzieci zaczęły wiwatować jeszcze głośniej.

Maks poczuł, jak jego czerwony lakier robi się ciepły. To było inne uczucie niż wygrana. Spokojniejsze, ale głębsze. Jakby w jego silniku zapaliło się małe, dobre światełko.

Berta podjechała obok.

— Dzięki tobie zupa dyniowa dotarła na festyn.

— I dzięki mnie nie musiałaś stać smutna przy krawężniku — dodał Maks.

— To też bardzo ważne — zaśmiała się Berta.

Błysk podjechał powoli. Przez chwilę nic nie mówił.

— Byłeś… całkiem szybki — przyznał w końcu.

— Ty też — odpowiedział Maks.

— Ale ja bym się chyba nie zatrzymał.

Maks spojrzał na niego spokojnie.

— Może następnym razem się zatrzymasz.

Błysk nic nie odpowiedział, ale jego reflektory zamrugały łagodniej niż zwykle.

Wieczorem Maks wrócił do warsztatu. Na półce obok radia stała mała nagroda: drewniany samochodzik z napisem Za pomoc na trasie. Nie była złota, nie świeciła jak puchar Błyska, ale Maks patrzył na nią z ogromną dumą.

— Panie Olku? — zapytał cicho.

— Tak, Maks?

— Czy byłem dziś dobrym samochodem?

Pan Olek pogładził jego maskę.

— Najlepszym, jakim mogłeś być.

Za oknem miasteczko układało się do snu. Światła latarni odbijały się w szybach, a gdzieś daleko autobus Marcel zamykał ostatni kurs. Maks zamknął reflektory i pomyślał o trasie, o mecie, o Bercie i o tym momencie, kiedy mógł pojechać dalej, ale wybrał inaczej.

Zrozumiał wtedy coś bardzo ważnego.

Czasem najważniejszy wyścig nie kończy się na mecie.

Czasem najważniejszy wyścig zaczyna się wtedy, gdy trzeba zdecydować, czy myślimy tylko o sobie, czy potrafimy zwolnić, zatrzymać się i komuś pomóc.

A Maks?

Maks nadal lubił szybką jazdę. Ale od tamtego dnia najbardziej lubił jechać tak, żeby wszyscy bezpiecznie dotarli tam, gdzie naprawdę czekają dobre rzeczy.