Wesoły Czas jest też tutaj:

Lisek Feluś i tajemnica szumiącego lasu

Tekst

Na skraju starego, zielonego lasu mieszkał mały lisek Feluś. Miał rude futerko, biały koniec ogonka i uszy, które poruszały się za każdym razem, gdy usłyszał coś ciekawego. A trzeba przyznać, że w lesie ciekawych dźwięków było bardzo dużo.

Rankiem śpiewały ptaki, w południe brzęczały owady, wieczorem pohukiwała sowa, a nocą drzewa skrzypiały tak, jakby opowiadały sobie bardzo stare historie.

Feluś lubił las. Znał ścieżkę do jagodowej polany, wiedział, pod którym krzakiem najczęściej chowa się zając Tymek, i potrafił znaleźć norkę mamy nawet wtedy, gdy liście przykryły ziemię grubym dywanem. Ale była jedna część lasu, do której nigdy nie chodził sam.

Była to głęboka część lasu, gdzie rosły najwyższe sosny, mech był miękki jak poduszka, a światło słońca wpadało tylko cienkimi paskami. Feluś nazywał to miejsce Szumiącym Lasem, bo drzewa szumiały tam mocniej niż gdziekolwiek indziej.

Pewnego poranka mama lisica powiedziała:

— Felusiu, jesteś już coraz większy. Dziś możesz sam pójść po poziomki na małą polanę. Tylko pamiętaj, trzymaj się ścieżki i wróć przed zachodem słońca.

Feluś aż podskoczył z radości.

— Sam? Naprawdę sam?

— Naprawdę — uśmiechnęła się mama. — Las jest piękny, ale trzeba go słuchać uważnie.

Lisek kiwnął głową tak poważnie, że aż uszy opadły mu na boki. Wziął mały koszyczek spleciony z traw, pomachał ogonem i ruszył ścieżką.

Na początku wszystko było znajome. Mijał brzozę z dziuplą, w której dzięcioł stukał od rana jak mały leśny zegarek. Potem przeszedł obok krzaka malin, gdzie zawsze pachniało słodko i trochę wakacyjnie. Dalej zobaczył kamień w kształcie żółwia.

— Dzień dobry, kamienny żółwiu — powiedział Feluś, bo lubił witać się nawet z kamieniami.

Kamień oczywiście nic nie odpowiedział, ale wyglądał bardzo uprzejmie.

Feluś szedł dalej, nucąc pod nosem piosenkę o rudym ogonku. Nagle zobaczył coś, czego wcześniej tu nie było. Na ścieżce leżało małe, błyszczące piórko. Było niebieskie na końcu i srebrzyste pośrodku.

— Ojej — szepnął lisek. — Jakie piękne.

Podniósł piórko nosem i ostrożnie położył je w koszyczku. Rozejrzał się. Nad nim przemknął ptak, ale tak szybko, że Feluś nie zdążył zobaczyć, jaki.

— Może ktoś je zgubił? — pomyślał.

Lisek zrobił kilka kroków w stronę, w którą poleciał ptak. Potem jeszcze kilka. A potem zobaczył drugie piórko. Leżało między paprociami.

— To chyba trop! — ucieszył się Feluś.

Zapomniał na chwilę o poziomkach, o ścieżce i o tym, że mama prosiła, by nie oddalał się za bardzo. Szedł od piórka do piórka, aż drzewa wokół stały się wyższe, paprocie większe, a znajome odgłosy jakby cichsze.

W końcu Feluś zatrzymał się.

Przed nim rozciągał się Szumiący Las.

Sosny kołysały się powoli, a ich korony poruszały się wysoko nad ziemią. Wiatr przesuwał się między gałęziami i robił: szuuuu… szuuuu… szuuuu…

Feluś przełknął ślinę.

— To tylko drzewa — powiedział do siebie. — Drzewa nie robią nic złego.

Ale jego ogonek schował się trochę niżej, a łapki nie chciały iść tak lekko jak wcześniej.

Nagle z krzaka dobiegło ciche:

— Apsik!

Feluś podskoczył.

— Kto tu jest?

Z paproci wychylił się mały jeż. Na grzbiecie miał kilka listków, a na nosie kropelkę rosy.

— To tylko ja — powiedział jeż. — Nazywam się Ignaś. Przepraszam, kichnąłem przez pyłek.

Feluś odetchnął.

— A ja jestem Feluś. Szukam właściciela piórek.

Jeż spojrzał do koszyczka.

— O, znam takie piórka. To pewnie piórka sójki Lili. Ona często gubi różne rzeczy, bo zawsze się spieszy.

— Wiesz, gdzie jest?

— Może przy starym dębie. Ale to już kawałek przez Szumiący Las.

Feluś spojrzał między drzewa.

— Ja… właściwie miałem iść po poziomki.

Jeż przekrzywił głowę.

— To możemy pójść kawałek razem. We dwoje las szumi trochę ciszej.

Feluś uśmiechnął się. To było bardzo mądre zdanie. We dwoje las naprawdę wydawał się mniej ogromny.

Ruszyli powoli. Ignaś szedł małymi kroczkami, więc Feluś nie musiał się spieszyć. Po drodze mijali grzyby w brązowych kapeluszach, kępy mchu i pajęczyny, które błyszczały jak srebrne nitki.

— A ty się boisz tego lasu? — zapytał Feluś.

— Czasem — przyznał jeż. — Zwłaszcza gdy coś zaszeleści, a ja nie wiem co. Ale wtedy zatrzymuję się, słucham i sprawdzam. Najczęściej okazuje się, że to liść, chrząszcz albo mój własny brzuszek.

Feluś zaśmiał się cicho.

— Twój brzuszek szeleszcze?

— Gdy jestem głodny, potrafi robić różne dziwne rzeczy — powiedział poważnie Ignaś.

Szli dalej, aż dotarli do małego strumyka. Woda płynęła przez kamienie i mruczała: plum, plum, plum. Na drugim brzegu rosły poziomki. Było ich całe mnóstwo.

Feluś aż otworzył pyszczek.

— To jest polana poziomkowa! Tylko z drugiej strony lasu!

— Widzisz? — powiedział Ignaś. — Czasem nowa droga prowadzi do znanego miejsca, tylko trochę inaczej.

Lisek napełnił koszyczek poziomkami, ale piórek nie wyjął. Chciał jeszcze odnaleźć sójkę Lili.

Przy strumyku siedziała żaba w zielone kropki.

— Dzień dobry — powiedział Feluś. — Czy widziała pani sójkę Lili?

— Rech, widziałam — odparła żaba. — Poleciała do starego dębu. Bardzo się martwiła, bo zgubiła ozdobę do swojego gniazda.

— To na pewno te piórka! — zawołał Feluś.

Stary dąb rósł niedaleko. Był ogromny, szeroki i tak stary, że wyglądał, jakby pamiętał wszystkie wiosny świata. Na jednej z gałęzi siedziała sójka. Kręciła głową, zaglądała pod liście i powtarzała:

— Gdzie one są? Gdzie one są? Bez nich gniazdo nie będzie gotowe!

Feluś stanął pod drzewem.

— Czy pani szuka piórek?

Sójka spojrzała w dół.

— Moich niebieskich piórek? Tak! Zgubiłam je, kiedy leciałam za szybko przez las.

Feluś ostrożnie wyjął piórka z koszyczka.

— Znalazłem je po drodze.

Sójka sfrunęła na niższą gałąź.

— Och, dziękuję! To miała być miękka ozdoba w gniazdku dla moich piskląt. Jesteś bardzo pomocnym liskiem.

Feluś poczuł przyjemne ciepło pod futerkiem. Nie dlatego, że ktoś go pochwalił, ale dlatego, że zrobił coś dobrego, chociaż trochę się bał.

— Ignaś mi pomógł — dodał szybko.

— We dwoje las szumi ciszej — powiedział jeż.

Sójka zaśmiała się melodyjnie.

— To prawda. A czasem las szumi, bo mówi: dobrze, że jesteście razem.

Nagle przez gałęzie przebiło się złote światło. Słońce zaczynało powoli schodzić niżej.

Feluś wyprostował uszy.

— Muszę wracać! Mama powiedziała, żebym wrócił przed zachodem.

— Pokażę wam krótszą drogę — powiedziała sójka. — Z góry widzę ścieżki lepiej niż ktokolwiek.

Sójka leciała od drzewa do drzewa, a Feluś i Ignaś szli za nią. Tym razem Szumiący Las nie wydawał się już taki straszny. Nadal szumiał, ale Feluś słyszał w tym szumie coś innego. Nie groźbę, nie tajemnicze szepty, tylko spokojną leśną piosenkę.

Szuuuu… idź powoli.
Szuuuu… patrz uważnie.
Szuuuu… nie jesteś sam.

Kiedy dotarli do znajomego kamienia w kształcie żółwia, Feluś odetchnął z ulgą.

— Dalej już trafię — powiedział.

— To ja wracam pod paprocie — rzekł Ignaś. — Może mój brzuszek znajdzie kolację.

— Dziękuję, Ignasiu.

— Ja też dziękuję. Bez ciebie nie poznałbym sójki Lili.

Pożegnali się, a Feluś pobiegł do norki. Mama lisica czekała przy wejściu. Nie wyglądała na złą, ale jej oczy były bardzo uważne.

— Felusiu, długo cię nie było.

Lisek spuścił uszy.

— Wiem. Poszedłem za piórkami i trafiłem do Szumiącego Lasu. Trochę się bałem, ale spotkałem jeża Ignasia, pomogłem sójce Lili i znalazłem poziomki. Następnym razem nie zejdę ze ścieżki bez powiedzenia.

Mama przytuliła go puszystym ogonem.

— Dobrze, że wróciłeś cały i że mówisz prawdę. Las można poznawać, ale najlepiej robić to uważnie.

Feluś podał jej koszyczek poziomek.

— Przyniosłem kolację.

Mama uśmiechnęła się.

— I chyba coś jeszcze.

— Co takiego?

— Odrobinę odwagi.

Wieczorem Feluś leżał przy wejściu do norki i patrzył, jak las robi się granatowy. W oddali znów zaszumiały drzewa. Dawniej schowałby nos pod łapkami, ale teraz tylko nastawił uszy.

Szuuuu… szuuuu… szuuuu…

Lisek uśmiechnął się sennie. Już wiedział, że las ma wiele głosów. Niektóre są głośne, inne ciche. Niektóre wydają się dziwne, dopóki nie podejdzie się odrobinę bliżej.

A odwaga nie zawsze oznacza, że niczego się nie boimy.

Czasem odwaga to mały krok naprzód, przyjaciel obok i powrót do domu przed zachodem słońca.