Wesoły Czas jest też tutaj:

Groszek Gucio i wielka zielona sprawa

Tekst

W warzywnym ogrodzie pani Kaliny rosło wszystko, co można sobie wyobrazić: czerwone pomidory, chrupiące marchewki, pękate dynie, ogórki w kropelkach rosy, sałata falująca jak zielona sukienka i fasolka, która wspinała się po tyczkach tak wysoko, jakby chciała zajrzeć do chmur.

Ale najbardziej zielony ze wszystkich był groszek.

Rósł w długich, miękkich strączkach, ukryty między listkami. Nie krzyczał kolorem jak pomidor, nie pachniał tak mocno jak koperek i nie był tak wielki jak dynia. Był mały, okrągły i bardzo, bardzo zielony.

W jednym ze strączków mieszkał groszek o imieniu Gucio.

Gucio miał cztery groszkowe rodzeństwa: Gutkę, Gaję, Gabrysia i Grzesia. Wszyscy siedzieli obok siebie w strączku jak pasażerowie w zielonym wagoniku.

— Ale nam wygodnie — mówiła Gutka.

— Ale ciasno — mruczał Grześ.

— Ale zielono — dodawał Gabryś, który lubił mówić rzeczy oczywiste.

Gucio najczęściej milczał. Patrzył przez malutką szparkę w strączku na ogród i zastanawiał się, czy taki zwykły groszek może zrobić coś naprawdę ważnego.

Pomidory miały łatwiej. Były czerwone i błyszczące. Wszyscy je widzieli.

— Patrzcie na mnie! — wołał Pomidor Roman. — Jestem okrągły jak słońce przy kolacji!

Marchewki też miały swoje powody do dumy.

— My rośniemy pod ziemią — mówiła Marchewka Matylda. — To bardzo tajemnicze. Nigdy nie wiadomo, jak długie jesteśmy, dopóki ktoś nas nie wyciągnie.

Dynia natomiast nie musiała mówić nic. Wystarczyło, że leżała na grządce ogromna, pomarańczowa i spokojna. Każdy i tak ją zauważał.

Gucio westchnął.

— A ja? — szepnął. — Jestem tylko małą zieloną kulką.

— Nie tylko — powiedziała Gaja. — Jesteś naszą małą zieloną kulką.

— To miłe, ale mało bohaterskie.

— A po co ci bohaterstwo? — zapytał Gabryś.

Gucio nie umiał odpowiedzieć. Po prostu chciał poczuć, że jest potrzebny.

Pewnego poranka do ogrodu przyszła pani Kalina z małą dziewczynką. Dziewczynka miała dwa warkoczyki, żółtą bluzę i minę kogoś, kto wolałby być zupełnie gdzie indziej.

— Haniu, dziś zbierzemy warzywa na obiad — powiedziała pani Kalina.

— Czy musimy? — jęknęła Hania. — Warzywa są nudne.

Cały ogród zamarł.

Pomidor Roman aż przestał się błyszczeć.

Marchewka Matylda oburzyła się pod ziemią.

Dynia milczała, ale bardzo ciężko.

— Nudne? — szepnął Gucio. — Jak można powiedzieć, że cały ogród jest nudny?

Hania usiadła na małym stołeczku przy grządce i westchnęła tak głośno, że listek groszku zadrżał.

— Nie lubię groszku — powiedziała. — Jest za zielony.

Gucio poczuł, jakby ktoś stuknął go w sam środek groszkowego serca.

— Za zielony? — powtórzył cicho. — Przecież to moja główna cecha.

Pani Kalina uśmiechnęła się łagodnie.

— A próbowałaś groszku prosto ze strączka?

— Nie.

— To może dziś spróbujesz?

Hania skrzywiła się, jakby pani Kalina zaproponowała jej zjedzenie starej skarpety.

— Może później.

Tego dnia w ogrodzie zrobiło się niespokojnie. Warzywa szeptały między sobą.

— Musimy pokazać Hani, że warzywa są ciekawe — powiedział Pomidor Roman.

— Najlepiej niech spojrzy na mnie — dodała Dynia. — Jestem bardzo przekonująca.

— Albo na moje liście — zaszeleściła Sałata Sabina. — Mam ich dużo. To robi wrażenie.

Gucio słuchał i coraz bardziej malał w myślach. Bo co mógł zrobić groszek? Nie miał wielkich liści. Nie był słodkim owocem. Nie potrafił pachnieć z daleka.

Wieczorem, gdy ogród ucichł, nad grządkami przeleciał wiatr.

— Szuu, szuu — zaszumiał w groszkowych listkach. — Małe rzeczy też potrafią zmieniać dzień.

Gucio poruszył się w strączku.

— Łatwo ci mówić — mruknął. — Ty jesteś wszędzie.

Następnego ranka Hania wróciła do ogrodu. Tym razem trzymała w ręku pusty koszyczek.

— Babciu, mogę pomóc, ale nie obiecuję, że coś zjem.

— Wystarczy, że pomożesz — odpowiedziała pani Kalina.

Dziewczynka zbierała pomidory, wyciągała marchewki i oglądała ogórki z taką miną, jakby każdy z nich miał zaraz opowiedzieć dowcip. W końcu podeszła do groszku.

— A to się jak zbiera?

Pani Kalina pokazała jej strączki.

— Delikatnie. Groszek lubi, kiedy obchodzi się z nim ostrożnie.

Hania dotknęła strączka, w którym mieszkał Gucio.

— Ten jest miękki.

— I gotowy — powiedziała pani Kalina.

Strączek został zerwany.

Dla Gucia było to ogromne wydarzenie. Jeszcze przed chwilą wisiał wysoko nad ziemią, a teraz leżał w dłoni dziewczynki i czuł, jak cały świat kołysze się przy każdym jej kroku.

— To koniec? — jęknął Grześ.

— To początek — szepnęła Gaja, choć sama nie brzmiała zbyt pewnie.

W kuchni pani Kalina rozłożyła warzywa na stole. Było kolorowo jak na obrazie: czerwono, pomarańczowo, zielono i żółto. Hania usiadła obok i patrzyła.

— Babciu, a czemu groszek jest w takim opakowaniu?

— To strączek. Chroni groszki, kiedy rosną.

Hania ostrożnie otworzyła jeden strączek. Nie ten z Guciem, ale sąsiedni.

— O! One siedzą w rządku!

— Jak małe koraliki — powiedziała pani Kalina.

Hania uśmiechnęła się pierwszy raz.

— Albo jak zielone guziki.

Gucio poczuł iskierkę nadziei. Zielone guziki brzmiały znacznie lepiej niż nudne kulki.

Potem przyszła kolej na jego strączek. Pani Kalina podała go Hani.

— Spróbuj sama.

Dziewczynka nacisnęła delikatnie brzeg strączka. Zielona łupinka rozchyliła się powoli, jak małe drzwi. Do środka wpadło światło.

— Dzień dobry — chciał powiedzieć Gucio, ale oczywiście groszki nie mówią ludzkim głosem.

Hania nachyliła się.

— Ten w środku jest najmniejszy.

Gucio zamarł.

— Ale jaki ładny — dodała dziewczynka.

To zmieniło wszystko.

Pani Kalina podała Hani jeden groszek do spróbowania. Dziewczynka długo patrzyła na zieloną kulkę na swojej dłoni.

— Jest bardzo mały.

— Czasem małe smaki są najlepsze.

Hania włożyła groszek do ust i ostrożnie go rozgryzła.

Przez chwilę w kuchni panowała cisza.

— On jest… słodki! — zdziwiła się Hania.

Pani Kalina zaśmiała się.

— Świeży groszek często taki jest.

Hania spróbowała następnego. I kolejnego.

— Mogę jeszcze?

Gucio poczuł, że cały robi się dumny. Może nie był wielki jak dynia, ale potrafił zaskoczyć.

Tego dnia pani Kalina i Hania przygotowały obiad: zupę krem z zielonego groszku, marchewki i ziemniaków, z odrobiną koperku na wierzchu. Gucio nie wiedział dokładnie, co to znaczy zostać zupą, ale czuł, że bierze udział w czymś ważnym. Stał się częścią ciepłego posiłku, który pachniał domem.

Kiedy Hania usiadła przy stole, najpierw powąchała łyżkę.

— Pachnie ładnie.

Potem spróbowała.

— Babciu… to jest naprawdę dobre.

— Nawet groszek?

Hania pokiwała głową.

— Zwłaszcza groszek. Ale nie mów mu, że wcześniej nazwałam go nudnym.

Pani Kalina mrugnęła.

— Myślę, że groszek już ci wybaczył.

Po obiedzie Hania wróciła do ogrodu. Przykucnęła przy grządce z groszkiem i powiedziała:

— Jutro też wam pomogę. I może narysuję was w zeszycie. Tylko muszę znaleźć odpowiednią zieloną kredkę.

Liście groszku poruszyły się lekko na wietrze.

Szuu, szuu.

Gucio, choć był już częścią zupy, zostawił po sobie coś więcej niż smak. Zostawił w Hani ciekawość. A ciekawość to bardzo ważna rzecz, bo od niej zaczyna się wiele dobrych przygód.

Od tamtej pory Hania nie mówiła już, że warzywa są nudne. Nie wszystkie od razu pokochała, bo nikt nie musi lubić wszystkiego. Ale zaczęła próbować. Czasem tylko odrobinkę. Czasem z zamkniętymi oczami. Czasem z miną badacza, który odkrywa nową planetę.

A groszek?

W ogrodzie pani Kaliny nadal rósł zielony, cichy i okrągły. Niewielki obok dyni, skromny obok pomidora, ukryty między listkami.

Ale jeśli ktoś dobrze się przyjrzał, mógł zauważyć, że w każdym strączku drzemała mała zielona sprawa.

Bo nie trzeba być największym ani najgłośniejszym, żeby zmienić czyjś dzień.

Czasem wystarczy być małym groszkiem, który pokaże komuś, że warto spróbować czegoś nowego.